Uwaga!

Jeśli chcecie aby Zaczarowana Piosenka zabrzmiała w Waszej miejscowości, macie ochotę zaprosić Zaczarowanych Artystów do udziału w koncercie, festynie, festiwalu... szukacie wzruszeń i prawdziwych talentów... prosimy o kontakt!
Z radością ułatwimy spotkanie z naszymi utalentowanymi, Zaczarowanymi Ptaszkami!
Czekamy!
biuro.festiwalowe@zaczarowana.pl
tel. 0 22 547 87 91

Logowanie

 
Przypomnij hasło
Rejestracja w systemie

Dzień 3 – Przesłuchania konkursowe i szalona wyprawa

Z samego rana przyjechaliśmy do Veszprem Arena, czyli miejsca gdzie odbywają się XI Vespremskie Igrzyska. To ogromna hala sportowa, bardzo nowoczesna, wybudowana ledwie 2 lata temu. Na oko pomieścić może 10 000 widzów. Krótko mówiąc robi dość przerażające wrażenie.

Kiedy człowiek pomyśli, że sam znajdzie się na scenie, w tak olbrzymim obiekcie, aż przechodzą dreszcze. Na próbę przybyłyśmy koło 9:00. W hali już kłębiło się mnóstwo ludzi, stopniowo pojawiali się kolejni uczestnicy festiwalu.

Co dość osobliwe, jak już wspominałyśmy wcześniej, to jest festiwal, na którym prezentują się dzieci utalentowane w bardzo rozmaitych dziedzinach. Więc przed nami próbę miał rumuński zespół folklorystyczny, prezentujący taniec ludowy. Strasznie długo próbowali…  Potem była formacja taneczna prezentująca tańce latynoamerykańskie, no a potem na scenę weszła Nikola. Nie chwaląc się zresztą, uważamy że jesteśmy „wymarzonymi uczestnikami”. Organizacja festiwalu jest nie do końca opanowana. Generalnie panuje lekki bałagan. A my po prostu sami pilnujemy godziny prób, kolejności występów, sami o siebie dbamy i nie zadajemy tysiąca pytań organizatorom. 

Po raz kolejny próba odbywała się rano. Za wcześnie – jak twierdzi Nikola. Doświadczyłyśmy bardzo dziwnego zjawiska. Mianowicie, okazało się, że trema rośnie w miarę zbliżania się do sceny. Gdy stanęłyśmy na scenie, naprzeciwko tysięcy krzesełek, miałyśmy ochotę wiać. Na szczęście Veszprem Arena ma świetne nagłośnienie i doskonale się słyszałyśmy. To dodało nam odrobinę odwagi. Zuzia twierdzi, że miała nieco mniej tremy, niż Nikola, bo nie dostrzegła ani jednego krzesełka ;-) 

Szybko przepróbowałyśmy fragmenty naszych utworów, po czym zeszłyśmy z estrady, żeby spokojnie czekać na swoją kolejkę. Przed występem najważniejsza jest „rozśpiewka”. W hali aż roiło się od dzieci różnych narodowości, naszą garderobę nie wiedzieć czemu, okupowały dziewczynki z węgierskiego zespołu folklorystycznego. Zatem zdecydowałyśmy się rozśpiewać, po prostu na korytarzu. Nie da się ukryć, że gdy powtarzałyśmy „rozśpiewkowe” ćwiczenia czyli „do – mi – re- si – do” na całe gardło, na środku korytarza, ludzie przyglądali nam się dziwnie. W pewnym momencie jedna z instruktorek zapytała o coś, ale pani Marta nie do końca zrozumiała o co chodzi i na wszelki wypadek wskazała pana Marka. Pan Marek nie miał szans ucieczki i oddalił się z organizatorką w bliżej nieznanym nam kierunku. Możecie sobie wyobrazić nasze zaskoczenie, gdy weszłyśmy na salę w momencie rozpoczęcia ceremonii otwarcia Igrzysk  i ujrzałyśmy na scenie, pana Marka dumnie dzierżącego w dłoniach tablicę z herbem Krakowa. Trzeba zaznaczyć, że stał na tej scenie pośród dzieci mniej więcej 13 letnich. Byłyśmy z niego niezwykle dumne. ;-) 

Prezydent Festiwalu uroczyście otworzył Igrzyska, w języku Węgierskim, przedstawiono Jury i rozpoczęły się pokazy konkursowe. Najpierw wystąpiła młodzieżowa orkiestra, która zajęła jedno z pierwszych miejsc, w czasie poprzedniego festiwalu. Potem zaprezentowało się kilka formacji tanecznych. My śpiewałyśmy w pierwszym bloku wokalistów. Oprócz nas mała dziewczynka z Węgier, która wystartowała w młodszej kategorii wiekowej. Uroczo wykonała węgierską wersję „Somewhere over the rainbow”. Gdy schodziła ze sceny, myślałyśmy że dostaniemy zawału. Jako pierwszą zapowiedziano „Nikol Klepac” z piosenką „Kasztany” . Zaraz po niej „Susannę Osuchowszką” z „Don’t cry for me Argentina”. 

Tutaj znowu dziewczynkom nie wypada się chwalić, więc zrobimy to za nie. Marek – jako przyszła gwiazda polskiej muzyki rozrywkowej i nadzieja naszych scen i estrad, był pod tak silnym wrażeniem, że postanowił zrezygnować, ze swojej nigdy nie rozpoczętej kariery muzycznej, bo mu głupio. Ja dodam tylko, że dziewczynki wypadły znakomicie, podglądałam Jurorów w czasie ich występów. Wyraźnie się ożywili, byli chyba zaskoczeni i zachwyceni zarówno ich talentem, jak i doborem repertuaru.
Marta

Zaraz po nas śpiewała Dorothea z Węgier… i nie ukrywamy, że jej wykonanie piosenki Whitney Houston, nas troszeczkę zdołowało… jest świetna. To groźna rywalka. Najgorsze było to, że nie śpiewało się swoich propozycji jedna po drugiej, tylko człowiek zostawał wybity z rytmu występem konkurencji i musiał wrócić na scenę z drugą piosenką. Nie łatwo było wejść Zuzi na scenę po Dorothei . Ale i tak „Twarze” pani Ireny Santor zaśpiewała bardzo pięknie. Pierwszy pokaz wokalistów zakończyła Nikola piosenką „Chodziłak doliną do rania”, gdzie oprócz śpiewania podgrywała sobie na flecie. (priv. message: Mamo Nikoli, naprawdę ćwiczyła! Są na to światkowie!;-) 

Kiedy skończyłyśmy naszą prezentację wszystkie trzy (bo pani Marta też) miałyśmy trzęsące się nogi i byłyśmy zielone na twarzach. Nikola twierdzi, że nigdy w życiu nie miała takiej tremy! No ale „poszło”. Kiedy pan Marek zobaczył nasze miny, gdy wychodziłyśmy zza kulis, stwierdził że należy stąd uciekać, bo słuchając konkurencji wykończymy się nerwowo. Uciekać, i to możliwie jak najdalej. Więc mimo że przesłuchania kolejnych kandydatów trwały w Hali do godziny 20:00, my wsiedliśmy w samochód… i pojechaliśmy nad morze! 

Tak, wcale nam się nie pomyliło, nie pojechaliśmy nad Balaton (choć niektórzy nazywają to jezioro Węgierskim morzem), tylko nad najprawdziwszy Adriatyk! Ruszyliśmy do Słowenii! ;-) Ta podróż była zupełnie szalona i po prostu świetna. W niedługim czasie znaleźliśmy się w miasteczku Koper. Nikola zrealizowała jedno z marzeń życia. Po pierwsze nigdy w życiu nie była tak blisko Włoch (a marzy o tym, by odwiedzić ten kraj), a po drugie dotknęła prawdziwej, żyjącej nie w donicy, nie w szklarni, ale na trawniku… palmy! – Dalej mi się to wydaje nierealne – twierdzi.  ;-) 

Zwiedziliśmy port i starówkę, porobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wróciliśmy szczęśliwie i wesoło, mimo że to pani Marta była pilotem. Pani Marta jest kobietą renesansu, ale niestety opanowanie mapy samochodowej nie jest jej mocną stroną ;-) No ale jesteśmy. Idziemy spać… a jutro wyniki! 

 


Wstecz Drukuj pdf Poleć stronę

Liczba wyświetleń tekstu: 740

Data ostatniej aktualizacji: 27.01.2012, godz. 13:33 :: Licznik odwiedzin: 802.957
2005-2012 Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko”