W niedzielę pierwszy raz w życiu naprawdę zagrałem dla Orkiestry! – entuzjazmuje się Łukasz Baruch-Skoniecki. – Dotychczas mój udział w corocznym Finale ograniczał się do wrzucania pieniędzy do puszek wolontariuszy. W tym roku mogłem poprzeć dzieło Jurka Owsiaka, w taki sposób jak zawsze marzyłem! Najpierw miałem recital w Poraju koło Częstochowy, gdzie zaprosiło mnie Towarzystwo Przyjaciół Janusza Gniatkowskiego. Było bardzo rodzinnie i miło. Ciepło, zupełnie jakby to nie był styczeń.
XVII finał WOŚP to dzień cudów i życzliwości. I nawet gdy coś z początku „nie gra”, koniec i tak jest szczęśliwy. Łukasz miał problemy z dojazdem na występ… pomogli rodzice Oli Pozorskiej! Nie ma to, jak przyjaciele!
Prosto z Poraja pojechaliśmy do Strzemieszyc – ciągnie dalej Łukasz. – Kiedyś była to osobna miejscowość, teraz wchłonęła ją Dąbrowa Górnicza, stała się jedną z dzielnic tego miasta. Ze Strzemieszyc pochodzi moja żona, tutaj mieszka Ola Pozorska, nic dziwnego, że to właśnie w tym miejscu chcieliśmy spędzić ten magiczny wieczór.
Do Oli i Łukasza dołączyła także Julka Dzierżek, laureatka II miejsca w kategorii dziecięcej w I edycji Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, która także mieszka niedaleko. Cała trójka rozgrzała publiczność śpiewem.
Punkt o godz. 20.00, tak jak w całej Polsce i u nas, było Światełko do Nieba. Stałem z moją żoną tuż pod sceną. Na około nas tłum. Strażacy rozdali ludziom zimne ognie, wszyscy podnieśliśmy je wysoko nad głowy, żeby dostrzegły nas w góry Dobre Anioły. Na około strzelały fajerwerki… Ola opowiadała mi, że było jasno jak o poranku. Pięknie jak w Noc Sylwestrową, ale jakoś inaczej. To, że ci wszyscy ludzie, byli tam po prostu razem, nie dla pieniędzy, ale po to, by nieść pomoc dzieciakom z chorobami nowotworowymi, niezwykle mnie wzruszyło. To wszystko było niesamowite. Nierzeczywiste, a jednocześnie ogromnie piękne.
Gdy umilkły sztuczne ognie, Ola, Julka i Łukasz wrócili na scenę, by odśpiewać „Barkę”. Śpiewały z nimi całe Strzemieszyce.
Tak jakoś się złożyło, że zabrakło nagle jednego mikrofonu, – kończy Łukasz – więc śpiewaliśmy z Olą do wspólnego. Przytuliliśmy się do siebie i śpiewaliśmy tę mądrą pieśń o wierze i miłości, a przed nami ludzie wzięli się za ręce. Ot tak, po prostu, by być razem.