– Od początku, gdy pracowaliśmy nad projektem tego festiwalu, chcieliśmy by rządził się zawodowymi kryteriami. Nikomu nie robiliśmy złudzeń – mówi Marta Kądziela. – Zawsze jasne było, że wygrają najlepsi. Z setek osób, które zgłaszają się do konkursu, na Rynku zaśpiewa garsteczka. Jednocześnie za każdym razem staramy się przekonać tych, którym się nie powiodło, że to nie jest porażka. To doświadczenie, z którego należy wyciągnąć wnioski. I w tym roku, przy organizacji V edycji, pani Ania Dymna wpadła na doskonały pomysł. Poprosiła Magdalenę Waligórską, jedną z sześciorga jurorów z Łazienek, by skontaktowała się z tymi półfinalistami, którzy nie zakwalifikowali się do finału i opowiedziała im, co jury myśli na temat ich występu. Dała informację zwrotną. Wyjaśniła jakie były zarzuty komisji, a jednocześnie powiedziała o plusach każdego występu. Pani Magda zgodziła się podobną – trudną, ale bardzo ważną rolę, pełnić także w Krakowie.
W ciągu minionych tygodni pani Magdalena wykonała szereg długich rozmów telefonicznych, w których z perspektywy zawodowca, wskazała dobre strony i podpowiadała nad czym warto popracować przed kolejną edycją. Odpowiadała na pytania i wyjaśniała zawiłości po to, by nikt nie czuł się nieuczciwie osądzony. W zawód artysty wpisane są castingi. Wygrane, ale także te, które wygrywa konkurent. Najważniejsze, by nawet z przegranej wynieść coś dla siebie, cenne wskazówki na przyszłość!
– Generalnie nie przeżyłam swojej porażki tak bardzo, jak obawiałam się, że przeżyję – opowiada Iwona Zięba, ubiegłoroczna finalistka, która w V edycji nie zakwalifikowała się niestety do finału. – Tym razem miałam bardzo prywatne powody, żeby chcieć śpiewać na Rynku. No ale okazało się, że nic z tego. Bardzo podobało mi się, że po półfinale zadzwoniła do mnie pani Magda. Przekazała mi delikatnie, ale bardzo konkretnie opinie jurorów… dokładnie takie, jakich się spodziewałam i z którymi niestety muszę się zgodzić w całej rozciągłości. Komisja miała dokładnie takie samo zdanie na temat mojego występu, jak ja sama. Gdy schodziłam ze sceny czułam, że nie poszło mi za dobrze. Usłyszałam od pani Magdy, że piosenka, którą śpiewałam była zaśpiewana poprawnie, ale nic ponad to. Jury uważało, że mam takie warunki głosowe, że powinnam zmierzyć się z czymś ambitniejszym niż utwór, który wybrałam. Wiem, że to zabrzmiało w moich ustach nieskromnie, ale sama stojąc na scenie, poczułam, że chyba popełniłam błąd, wybierając „Małgośkę”. Wydawało mi się, że wśród wielu poważnych, ambitnych piosenek, które zaśpiewają moi konkurenci, powinno pojawić się coś, co „rozbuja” Amfiteatr. Tego szaleństwa publiczności zwykle trochę brakuje w Łazienkach. Ale gdy śpiewałam, już wtedy czułam, że powinnam była wybrać np. „Kocham cię życie” pani Edyty Geppert albo coś, co bardziej gra mi w duszy.
To jest rewelacyjna koncepcja, żeby juror dzwonił do uczestników. Ja osobiście nie biorę do siebie takich porażek, ale wiem, że wiele osób podchodzi do tego bardziej emocjonalnie. Sama staram się zaraz po występie analizować to, jak zaśpiewałam, jednak rozmowa z panią Magdą dodatkowo mnie uspokoiła. Sądzę, że wiele osób, nawet tych które na porażkę reagują załamaniem i płaczem, zadając sobie pytanie: „Co takiego zrobiłem źle?”, po takiej rozmowie łatwiej może się pozbierać.
Nie myślę jeszcze nad kolejnym startem. Zmienia mi się życiowa sytuacja, wreszcie będę pracowała na pełen etat, a nie po kilka godzin w tygodniu. Mam już swoją rodzinę… zobaczymy, jest jeszcze dużo czasu na decyzję – uśmiecha się Iwona. – Ale jeżeli tylko czas, zdrowie i okoliczności pozwolą, to oczywiście spróbuję swoich sił po raz kolejny.