Kilka tygodni temu do Biura Festiwalowego zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się energiczny głos pana Jana Statucha, szefa zabrzańskiego koła STS. – My nie chcemy, ciągle prosić o pomoc, my też chcemy robić coś fajnego dla innych. Dlatego właśnie, już po raz kolejny, przygotowujemy piknik rodzinny w Bieszczadach. Przy okazji pomożemy Szkole Podstawowej w miejscowości Polana. Czy są szanse na zaproszenie do współpracy kogoś z Zaczarowanych?
Nie można pozostać obojętnym na zaproszenie ze strony kogoś tak pełnego entuzjazmu, jak pan Janek. Kilka rozmów telefonicznych i kilka dni później w Bieszczady ruszyli zatem Łukasz i Ola.
To był bardzo fajny wyjazd – opowiada Baruch. – Poznaliśmy członków Stowarzyszenia, osoby po transplantacji serca i ich rodziny. To bardzo fajni i otwarci ludzie. To może dziwne, ale od pierwszej chwili miałem takie wrażenie, że oni wiedzą, że dostali wielką szansę, drugie życie. I nie chcą go zmarnować, tylko wykorzystać w pełni. Masę rzeczy robią dla innych, a oprócz tego prowadzą normalne, aktywne życie.
Trzydniowy pobyt w Bieszczadach upłynął Zaczarowanym na rozmaitych atrakcjach. Był wieczór Lwowski, z udziałem akordeonisty, w czasie którego śpiewano stare, znane wszystkim przyśpiewki. W sobotni wieczór miał miejsce „Wieczór Pieczonego Dzika”, w czasie którego scenę dzielili z młodziutką Kasią.
To świetnie śpiewająca młoda wokalistka – chwali Łukasz. – Jakoś tak natychmiast się polubiliśmy i spontanicznie zdecydowaliśmy się na wykonanie jednej z piosenek w duecie. Zaśpiewałem też „Zawsze tam gdzie ty” i „Radość najpiękniejszych lat” z repertuaru Anny Jantar, w duecie z Olą. To był naprawdę uroczy wieczór. Wszyscy doskonale się bawili i tańczyli, najpierw przy naszych piosenkach, a potem przy muzyce z płyt. My też tańczyliśmy! – śmieje się wokalista. - W niedzielę był piknik. Stowarzyszenie zorganizowało punkt pomiaru ciśnienia i poziomu cukru we krwi. A myśmy znowu wystąpili. Koncert zakończyła wielka zabawa z zespołem muzycznym.
Oprócz śpiewania niesamowitą radością dla dwojga Zaczarowanych, było uczestnictwo w Huculiadzie, czyli święcie koników huculskich.
Byłem taki wzruszony, gdy głaskałem tego konika po chrapach. – mówi Łukasz. Ola jest doświadczoną amazonką, ale ja siedziałem na koniu pierwszy raz w życiu. To było niezwykłe przeżycie. Jeździliśmy bez siodeł, trzymając się końskiej grzywy. To daje jakieś takie niesamowite poczucie wolności. – uśmiecha się Łukasz.