To było niesamowite doświadczenie – opowiada z przejęciem młoda aktorka. – Gra w spektaklu to zupełnie co innego, niż śpiewanie na scenie, powiedzmy w czasie koncertu. Gdy po prostu śpiewam – jestem sobą, opowiadam jakąś historię w piosence, ale jestem sobą. Tutaj byłam Calineczką i musiałam bardzo dokładnie trzymać się roli, żeby wypaść wiarygodnie!
Na pomysł wystawienia spektaklu muzycznego wpadł pan Zbigniew Słowik, kompozytor i autor libretta, oraz pan Krzysztof Gwiazda, nauczyciel Zuzi, który wyreżyserował przedstawienie. Postanowili zebrać wokół siebie utalentowaną młodzież i dzieci i dać im szansę zagrania w prawdziwym musicalu!
Pan Gwiazda, który uczy mnie emisji głosu, zapytał, czy nie chciałabym zagrać w tym przedstawieniu, oczywiście zgodziłam się – opowiada Zuzia. – Ale tym razem nie byłam najmłodsza! – podkreśla!
Na scenie w żyrardowskim Centrum Kultury wystąpili młodzi ludzie związani z Młodzieżowym Domem Kultury i zespołem teatralnym Józefinki. Aktorom towarzyszył chór dziecięcy złożony z zespołów Szałaputy i Chochliki, oraz orkiestra Camerata Mazovia, pod batutą Artura Komorowskiego!
Przed premierą miałam taką tremę, że aż nie mogłam spać w nocy – mówi Zuzia. – Na szczęście kiedy zaczął się spektakl, zastąpiło ją skupienie, więc jakoś poszło. Zwłaszcza, że nie gram Calineczki od początku. Jej narodziny w pączku kwiatu gra młodsza dziewczynka, a ja wchodzę dopiero w drugim akcie, gdy Calineczka dorasta. Miałam czas, by się skoncentrować.
W spektaklu oprócz Zuzi biorą jeszcze udział dwie inne osoby niepełnosprawne. Koleżanka Zuzi ze szkoły dla niewidomych i dziewczynka na wózku. To poważne wyzwanie inscenizacyjne. Zuzia otwarcie mówi o tym, jak udało jej się oswoić przestrzeń sceny.
Ja nie tańczyłam w czasie spektaklu, tak jak widzący aktorzy. Wprowadziła mnie Żaba, potem często postacie z bajki, odtwarzane przez moich kolegów, zmieniały się przy mnie. Ale były chwile, gdy musiałam sama gdzieś przejść. Wiedziałam mniej więcej w którym kierunku, choć była „mała zmyłka”. W jednej ze scen miałam dojść do jednej z postaci, która mnie wołała. Normalnienie nie byłoby z tym problemu, ale nagle okazało się, że nagłośnienie sprawia, że jej głos dobiega z zupełnie innej strony. To utrudniało, ale daliśmy radę! A generalnie udawałam, że widzę. Grałam, że rozmawiam ze „zwierzątkami”, musiałam udawać, że patrzę im w oczy, to było zabawne.
Widownia nagrodziła sztukę gromkimi brawami. A Zuzia zapowiada, że w marcu najprawdopodobniej wystąpi z przyjaciółmi w Sochaczewie. O kolejnych spektaklach będziemy Was informować.